Przekaż

KRS: 0000413378





Odwiedzin: osób.



Użytkownik niezalogowany.
Zaloguj się






stat4u
wstecz


NIE LUBIĘ WAS, MYŚLIWI...

bo zabijacie dla przyjemności


 fot. Krzysztof Dreksler

Od wielu lat próbuję zrozumieć całkiem sporą grupę ludzi, którzy z zabijania dla przyjemności uczynili treść życia i w dodatku dorobili do tej krwawej pasji całkiem obszerną ideologię.

Po co zostaje się myśliwym? Czy w dzisiejszym świecie polowanie spełnia rolę, jaka spełniało np. w średniowieczu? Czy poluje się w celu pozyskania pożywienia dla rodziny? Nie sądzę…..

Co więc mają w sercach i głowach ludzie, których podnieca zabijanie? Co powoduje, że wydają niemałe pieniądze na sprzęt i siedzą godzinami na ambonach, żeby zabić?

Najbardziej jednak frustruje fakt, że do okrutnego, niepotrzebnego zabijania dorobiono ideologię, która uczyniła z łowiectwa w XXI wieku czyn szlachetny i prawdziwie męski. Współczesne myślistwo to najbardziej wyrazisty przejaw hipokryzji jaki znam.

Bo czymże jest mówienie o konieczności dokonywania odstrzałów sanitarnych? Przecież istnieją zastępy pracowników leśnictw, którzy mogliby się tym zająć… Czymże jest pobieranie wysokich opłat za możliwość odstrzału najbardziej dorodnych osobników?

Co ma w sercu ten człowiek – nie człowiek? Czym się chwali i kto pozwala na zamieszczanie takich laurek zwyrodnialstwa w mediach? Portal Wadowice.24 redagują ludzie nie zasługujący na jakikolwiek szacunek. Zabicie niedźwiedzia urosło w tym artykule niemalże do bohaterstwa.

http://www.psy24.pl/5699-Pol-roku-wiezienia-w-zawieszeniu-na-dwa-lata-za-zastrzelenie-psa-na-polowaniu.html

Myślę sobie też, że zwierzyna dokarmiana jest zimą nie z powodu empatii i współczucia –to po prostu inwestycja w krwawą pasję, której można się będzie oddać, realizując swoje mordercze ambicje.

Jakąż hipokryzją jest używanie innych zwierząt do tresury psów myśliwskich. Lisy (najczęściej fermowe) wsadzane są do nor lub klatek, straszone i drażnione, często w końcu okrutnie zabijane. Dotyczy to też dzików. I nikt nie zważa na to, że wg Ustawy o ochronie zwierząt dokonuje się w ten sposób przestępstwa….

Zresztą ten rodzaj dręczenia zwierząt myśliwi zawarli nawet w Ustawie Prawo Łowieckie. W artykule 9 tejże ustawy zezwolono na świadome dręczenie i zabijanie zwierząt:

Art. 9.
1. Ochrona zwierzyny – poza zasadami określonymi w przepisach o ochronie przyrody – obejmuje tworzenie warunków bezpiecznego bytowania zwierzyny, a w szczególności:
1) zwalczanie kłusownictwa i wszelkich zjawisk szkodnictwa łowieckiego;
2) zakaz – poza polowaniami i odłowami, sprawdzianami pracy psów myśliwskich, a także szkoleniami ptaków łowczych i psów myśliwskich, organizowanymi przez Polski Związek Łowiecki – płoszenia, chwytania, przetrzymywania, ranienia i zabijania zwierzyny;

Ostatnio pojawiają się pomysły, żeby polować z użyciem łuków – takie to przecież męskie i pierwotne. Wyobrażacie sobie zwierzę trafione strzałą? To niezrozumiałe okrucieństwo dla ratowania pseudo męskiego ego. Najbardziej znanym orędownikiem takich polowań jest Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego ZOO. Można o nim przeczytać notkę biograficzną:
„Z wykształcenia lekarz weterynarii, z zamiłowania ornitolog, przyrodnik i podróżnik. Dyrektor warszawskiego Zoo od 2009 roku, założyciel i honorowy członek Stołecznego Towarzystwa Ochrony Ptaków. (…) Autor około tysiąca artykułów o zwierzętach i 24 książek o ptakach, tłumacz kolejnych 20 książek, z niemieckiego i angielskiego. Łucznik od dzieciństwa. Myśliwy od niedawna. Promuje ekologiczną wizję łowiectwa.”

Czy to nie absurd? Człowiek zajmujący się zawodowo zwierzętami, podobno ich miłośnik, reklamuje barbarzyństwo, namawia do tego innych – trudno o większego hipokrytę.

Jak to dobrze, że gotowa już nowelizacja Ustawy o ochronie zwierząt i Prawo łowieckie, zakazuje polowań z łukami i organizowania szkoleń psów myśliwskich z udziałem innych zwierząt. Przynajmniej trochę ograniczymy to bestialstwo usankcjonowane tradycją.

Absurdów jest jednak więcej. Myśliwi dostają wprawdzie pozwolenie na broń, ale nikt nie rozlicza ich z wystrzelonej amunicji. Strzelają do czego chcą. Do tego te fety po polowaniach… Przecież dla nikogo nie jest tajemnicą, że alkohol leje się tam często strumieniami.

Dodajmy jeszcze uczestniczenie w polowaniach kobiet – eufemistycznie nazywanych Dianami. O ile można starać się zrozumieć, że polowanie to apoteoza męskości i wielowiekowa tradycja, o tyle kobieta napawająca się konaniem zabitego przez siebie zwierzęcia nie mieści w moim systemie pojmowania. Kobieta kojarzy się z ciepłem i dobrocią, czego więc szukają na polowaniach panie? Może to dla niektórych jedyne miejsce by zdobyć zainteresowanie mężczyzn? Tych prawdziwych, pierwotnych, silnych…. Czego takie matki nauczą swoje dzieci?

Nie zapominajmy też o przedziwnym nobilitowaniu łowiectwa – od lat polują notable i politycy, polowania to spotkania towarzyskie na wysokim szczeblu. Podobno co piąty poseł to myśliwy.
Jedno, co cieszy, to fakt, że narasta opór społeczny przeciw bezsensownemu zabijaniu. Media coraz częściej piętnują niemoralne zachowania myśliwych, a tych jest wiele…. Zapadają wyroki skazujące za zakazane strzelanie do zwierząt domowych. Organy ścigania zatrzymują coraz częściej zwyrodnialców ze strzelbami, którzy prawo mają za nic. Tak jak tutaj:

http://www.psy24.pl/5699-Pol-roku-wiezienia-w-zawieszeniu-na-dwa-lata-za-zastrzelenie-psa-na-polowaniu.html

http://24kurier.pl/Aktualnosci/Region/Koszalin/Zwyrodnialec-poszukiwany

Nie lubię was, myśliwi. Nie szanuję i nie podaję wam ręki. Nigdy nie przestąpicie progu mojego domu. Przede wszystkim jednak kompletnie Was nie rozumiem.

Czy naprawdę nie ma innych sposobów by podnieść sobie adrenalinę? By poczuć się prawdziwym mężczyzną?
Życzę Wam, abyście spędzili Święta w domu z rodziną, a nie na ambonie ze strzelbą. I życzę Wam, żebyście nigdy nie trafiali do celu. Żeby huragany zwaliły ambony, a zwierzęta leśne odwdzięczyły się Wam, za to co robicie.
Mam też przedświąteczne marzenie - marzę o tym, żeby Was po prostu nie było.

14.12.2013




Autor: Katarzyna Śliwa-Łobacz

Źródło:

Dodał: Anashar, dnia: 27.11.2014 | Aktualizacja: 23.06.2015


BEZZĘBNA KROPKA BEZ KAGAŃCA

Rzecz o zdrowym rozsądku



Zdrowy rozsądek, jak wiadomo, nie jest cechą wrodzoną. Co więcej, nie jest wpisany w obowiązki pracownicze ani regulaminy.
 
Zadzwoniła do mnie niedawno Pani Maria, mieszkanka warszawskiego blokowiska, kobieta w wieku słusznym i szczęśliwa posiadaczka 15-letniej suczki Kropki. Obie Panie pasują do siebie, gdyż Kropka jest psem łagodnym, acz wiekowym, zrównoważonym i nie wadzącym nikomu.
Okazało się jednak, że suczka Kropka zawadzać może jak najbardziej, nawet jeśli waży tylko 4,5 kg, nie ma zębów, nie szczeka i niedowidzi z racji wieku.
Podczas jednego ze spacerów Panie zaatakowane zostały przez walecznego, słusznej budowy strażnika miejskiego. Pan ten, powołując się na enigmatyczne przepisy wlepił Pani Marii mandat za brak kagańca i spuszczenie Kropki ze smyczy.
 
Zupełnie nieistotne było, że Pani Maria sprząta po swoim psie, a Kropka jest prawie ślepa, bezzębna i stanowi zagrożenie najwyżej dla parkowych mrówek.
 
Sytuacja, jakich wiele – obywatel grzeczny i praworządny daje wiarę silniejszemu, głośniejszemu i reprezentującemu WŁADZĘ.
I być może nie warto byłoby się nad całą sprawą rozwodzić gdyby nie jeden fakt – TO JEST NIEZGODNE Z OBOWIĄZUJĄCYM PRAWEM.
 
Ustawa o ochronie zwierząt po nowelizacji w art. 10 a p. 3 wyraźnie mówi:
 „Zabrania się puszczania psów bez możliwości ich kontroli i bez oznakowania umożliwiającego identyfikację właściciela lub opiekuna.”
 
W ustawie nie określono sposobu kontroli, nie ma w niej również mowy o kagańcach.
Oznacza to, że wystawienie mandatu za brak uwięzi było naruszeniem obowiązującej ustawy.
Wiele spółdzielni mieszkaniowych i wspólnot wydaje własne regulaminy i niestety często zamieszczane tam są zapisy o zwierzętach, które są zwyczajnie bezprawne.
 
Przypadek Kropki nie jest ani jedyny ani nawet rzadki.
Często mandatami karane są inne panie Marie za inne Kropki. I nie słyszałam nigdy, aby ktoś odmówił przyjęcia mandatu, choć skierowanie sprawy do sądu byłoby w takiej sytuacji najwłaściwsze.
Poszkodowani z góry zakładają, że strażnik miejski zna przepisy, a jeśli idzie za tym jeszcze zapis w  regulaminie spółdzielni lub wspólnoty mieszkaniowej – karany nie ma wątpliwości, że popełnił wykroczenie.
Tymczasem nagminnie łamane jest prawo – żadna bowiem uchwała w systemie aktów prawnych nie może stać w sprzeczności z ustawą czy zmieniać jej zapisy.
Co więcej, uchwały takie powinny być zaskarżane i uchylane.
 
Niektóre spółdzielnie posuwają się znacznie dalej – w czerwcu media na Podkarpaciu zajmowały się przypadkiem Pani Danuty z Łańcuta, którą spółdzielnia wykluczyła z grona członków i próbuje odebrać prawo do mieszkania za dokarmianie wolnożyjących kotów.
I nie wiadomo jak sprawa się skończy choć Panią Danutę wspierają miejscowy radny, organizacje pro-zwierzęce i nawet sam burmistrz. Pewnie dopiero w sądzie okaże się, że zwykła ludzka podłość i cyniczne poczucie władzy nie zwyciężą przepisów i zdrowego rozsądku.
 
Bo przecież nawet gdy brakuje wiedzy i dobrej woli, zdrowy rozsądek może nakazać zbadanie stanu prawnego.
 
Walczmy o opiekunów Kropek w całej Polsce, nie pozwólmy sobie wmówić, że prawo stanowią bezduszni urzędnicy i ludzie nie posiadający żadnych kompetencji do decydowania o życiu innych. Szczególnie, że w opisywanych przypadkach są nie tylko niedouczeni, ale również po prostu nieludzcy.
Zachowujmy zdrowy rozsądek, przysłowiowa Kropka to przecież nie jest pies zagrażający komukolwiek.
Niech Straż Miejska zajmie się karaniem umięśnionych właścicieli rzeczywiście groźnych psów. Poprawianie statystyk dzięki Kropkom to przecież takie niemęskie, drodzy strażnicy…
 
Czytajmy regulaminy swoich wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych i uświadamiajmy właścicieli Kropek, że posiadają prawa i powinni o nie walczyć.
I nie przejmujmy się faktem, że wszechwładnym strażnikom brakuje nawet elementarnego zdrowego rozsądku.
Bo to nie cecha wrodzona, niestety

05.11.2014
 


Autor: Katarzyna Śliwa-Łobacz

Źródło:

Dodał: Admin, dnia: 23.06.2015 | Aktualizacja: 23.06.2015


TRADYCJA NA ŁAŃCUCHU

czyli jak to na wsi bywa

 fot. www.zielonalekcja.pl

Tradycja zazwyczaj definiowana jest jako ogół wierzeń, obyczajów i poglądów przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Tradycja zatem stanowi podstawę funkcjonowania społeczeństw.
Różne mamy tradycje. Nie są zapisane i skodyfikowane. Są w nas.
Czy jedną z nich jest trzymanie psów na łańcuchach przez całe ich nieszczęsne psie życie? Kiedyś poseł Eugeniusz Kłopotek stwierdził, że to polska tradycja. Stwierdzenie to padło przy okazji nowelizowania Ustawy o ochronie zwierząt, gdzie zapisane zostało ograniczenie, dotyczące takiej formy utrzymywania psów.
Zmiana nastąpiła w Art. 9 p. 2 – obowiązujący zapis brzmi:
„Zabrania się trzymania zwierząt domowych na uwięzi w sposób stały dłużej niż 12 godzin w ciągu doby lub powodujący u nich uszkodzenie ciała lub cierpienie oraz niezapewniający możliwości niezbędnego ruchu. Długość uwięzi nie może być krótsza niż 3 m.”
Zastąpiono zapis:
„Uwięź,naktórejjesttrzymanezwierzę,niemożepowodowaćuniegourazów anicierpieńorazmusimuzapewnićmożliwośćniezbędnegoruchu.”
 
Dla wielu osób zmiana ta była zbyt kosmetyczna i nie wnosząca niczego, dla wielu zaś, jak dla posła Kłopotka, była niedopuszczalna.
Posłowie pracujący nad nowelizacją wyszli z założenia, że prawo powinno, poza nakładaniem sankcji, również edukować. Wszyscy twórcy nowelizacji zdawali sobie bowiem sprawę, że radykalny zapis może spowodować masowe pozbywanie się psów przez rolników, a także zagrożenie dla ludzi, gdy nagle kompletnie nie socjalizowane, niejednokrotnie agresywne i głodne psy, uzyskają swobodę poruszania się.
Tyle w prawie. A co w praktyce?
Praktyka bywa różnorodna. Organizacje ochrony zwierząt dostały do ręki dodatkowy oręż – podczas interwencji, stałe trzymanie psa na łańcuchu, gdy jednocześnie jest on zaniedbany i wygłodzony, jest dodatkowym argumentem przeciw kontrolowanemu.
Z drugiej strony nowy zapis został szeroko rozreklamowany w mediach i bez wątpienia coś zmienił. Mam tego przykład w miejscowości, w której mieszkam. To podwarszawska wieś, gdzie nowoczesność miesza się z wieloletnią tradycją. Nowoczesne domy budowane są w sąsiedztwie typowych zabudowań wiejskich, gdzie widok burka łańcuchowego to codzienność.
Jeden z moich sąsiadów sam z siebie zbudował swojemu psu kojec i codziennie pozwala mu pobiegać po łące. Wystarczyło z nim porozmawiać. Wprawdzie nie jestem w stanie wywalczyć kastracji czy wpuszczenia psa do domu, ale dobrze ocieplona buda w kojcu, dobre jedzenie i codzienny kontakt z właścicielem spowodowały, że pies nie ucieka i jest względnie socjalizowany. Drugi mój sąsiad zrozumiał mnie dopiero wtedy, gdy zagroziłam policją i mandatem.
Cóż, różne przywiązanie do „tradycji”….
Ci przywiązani bardziej będą mieli niedługo spory problem. Gotowa jest następna nowelizacja Ustawy o ochronie zwierząt. I tam  łańcuchy są bezwzględnie zakazane, a kojce, które mają je zastąpić,  będą miały określoną minimalną powierzchnię.
I pewnie znów podniesie się krzyk o tradycji, ale teraz wybrzmi słabiej. Mamy bowiem argument. Nie związany z nasza empatią i ludzkim stosunkiem do zwierząt, a z logiką po prostu.
Przecież przez dwa lata obowiązywania znowelizowanej ustawy można było – przestrzegając prawa oczywiście – przyzwyczaić psa do innego życia. Siebie również.
Czy ktoś zapłacze, że taka polska „tradycja” odejdzie kiedyś w niepamięć? Nie sądzę.
Bo cóż to za tradycja, która nie ma żadnego logicznego uzasadnienia. Przecież taki pies na łańcuchu zacznie być kłopotem…. Przyjadą z policją, sprawdzą szczepienia, sprawę porządnemu człowiekowi założą. A bydlak siedzi na tym łańcuchu, karmić to trzeba, a pożytek niewielki, szczególnie jeśli będzie uparty i nie będzie szczekać. Nawet kolega myśliwy nie przyjdzie i nie zastrzeli bezużytecznego bydlaka za flaszkę, bo ścigają tych myśliwych i w telewizji pokazują – strzelać do psów nie wolno już dwa lata.
I jeszcze do tego jakieś głupki, co ich zwą celebrytami, w wielu miastach raz w roku przykuwają się łańcuchami do bud i wszędzie o tym głośno. We wszystkich telewizjach to pokazują, nazywają to „zerwijmy łańcuchy”. Sąsiedzi niektórzy krzywo patrzą i donoszą do tych nawiedzonych organizacji pro zwierzęcych. Lepiej więc nie przykuwać następnego psa, gdy zemrze ten już dręczony. Postępowym trzeba być.
Żegnaj więc tradycjo, idzie nowe.

Trochę będzie szło, ale nic tak dobrze nie działa jak czujność sąsiedzka, bo przecież w Polsce, jak nigdzie na świecie, sąsiad sąsiadowi nie popuści. Internet w chałupie jest – można zawsze gdzieś anonimowo zadzwonić. I choć to trochę niemoralne, to jakoś nie mam im za złe.
Burki łańcuchowe też, chociaż o tradycji nic nie wiedzą.

15.10.2014
 


Autor: Katarzyna Śliwa-Łobacz

Źródło:

Dodał: Admin, dnia: 23.06.2015 | Aktualizacja: 23.06.2015


KULISY HYCLERSKIEGO BIZNESU

czyli jak żyć ze zwierząt



Obiecałam sobie, że napiszę kiedyś optymistyczny felieton, taki o miłości do zwierząt, poszanowaniu ich praw i dobrych ludziach. Niestety, to, co dzieje się z bezdomnymi zwierzętami, ludzka obojętność i ostatni raport NIK powodują, że trzeba mówić o patologiach – a taką jest opieka nad zwierzętami bezdomnymi w wydaniu gminno-polskim.

Mój ostatni felieton o kontroli NIK wywołał poruszenie – wielu ludzi nie wie, jak patologiczna jest wspomniana „opieka”. Poniżej opiszę jedną z takich bezwzględnych i chciwych jednostek – Łukowskie Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt – jednego z „bohaterów” raportu NIK.

Nazwa Towarzystwa wskazuje na empatię dla zwierząt, a rzeczywistość okazuje się skrajnie odmienna.

Pani Urszula Konstanta – prezes ŁTPZ działa od co najmniej 2007 roku, zaczynała skromnie – umowy z 10 gminami i psy, które podobno trafiały do schroniska, położonego na terenie bazy miejskiego przedsiębiorstwa w Łukowie. Wstęp na teren schroniska był zawsze wzbroniony. Zdjęcie ilustrujące ten felieton to zdjęcie właśnie z tego pseudo schroniska, zrobione przez jedną z organizacji prozwierzęcych – nietrudno wyrobić sobie opinię na temat warunków tam panujących. I nietrudno zdziwić się jak w dwóch kojcach mogło znaleźć się ponad 200 zwierząt.
Co jakiś czas psy były z tego dziwnego miejsca wywożone – dokąd? – nikt tego nie wie. W latach 2007 i 2008 zniknęło w ten sposób 289 psów! I nie budziło to niczyjego zdumienia – doniesienia organizacji i miłośników zwierząt były ignorowane. Znikanie psów za społeczne pieniądze zaczęło przybierać na sile.
W roku 2009 zniknęło 329 psów, a w 2010 – 391. Proceder odławiania psów przez ŁTPZ trwał nadal, w roku 2011, 2012 i bieżącym. Dane są niepełne gdyż nie wszystkie gminy ujawniają liczbę odłowionych psów. Przez cały czas przy wsparciu łukowskiego magistratu, który nie reagował na informacje o nieprawidłowościach i do chwili obecnej rokrocznie finansuje Towarzystwo sporymi dotacjami pieniężnymi, choć obecnie nie przekazuje mu już własnych psów.

Obecnie Urszula Konstanta jako ŁTPZ i firma DASH – Urszula Konstanta, posiada umowy z 41 gminami województwa lubelskiego i mazowieckiego. Pobiera od gmin społeczne pieniądze za odłowienie psów z ich terenu choć, de facto, opieka ta nie istnieje. W umowach z gminami gwarantuje, ze odłowione psy trafią do schronisk chociaż nigdy się tak nie dzieje. Urzędnicy gminni ze złej woli, bądź zwykłej niekompetencji, podpisują takie, niezgodne z prawem, umowy. Najczęściej umowy są ryczałtowe – 3600 zł wypłacane na początku roku.

I oczywiście nikt nie widzi absurdu takich umów. Sprawdziłam, czasem w ramach jednej umowy odławia się 3 psy, czasem ponad 20. To fizycznie niemożliwe, ale urzędnicy nie widzą absurdalności tej sytuacji, nie chcą widzieć….. Należałoby zapytać, dlaczego?

Na szczęście, udało mi się przekonać NIK, żeby objęło ŁTPZ kontrolą. Wyniki tej kontroli są dla Towarzystwa druzgocące.
„ (…) stosowany powszechnie system finansowania schronisk, polegający na wypłacaniu ryczałtowych stawek za odłowienie jednego zwierzęcia, powoduje że w interesie osób prowadzących schroniska jest aby zwierzęta przebywały tam jak najkrócej. Wskazywano przy tym na bulwersujące przykłady fatalnych warunków w jakich żyją zwierzęta w schroniskach w Ruskiej Wsi, Klembowie i Białogardzie oraz praktyki wyłapywania psów donikąd (np. Łukowskie Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt). W Łukowskim Towarzystwie Przyjaciół Zwierząt nie prowadzono w 2011 roku ewidencji wyłapanych zwierząt, zaś psy i koty przekazywano, bez pisemnych poświadczeń, do schroniska w Halinowie.

Nierzetelnie dokumentowano też przekazywanie psów do adopcji osobom fizycznym, a Prezes Towarzystwa zeznała, że poświadczyła (jako osoba fizyczna) odbiór do adopcji 23 psów ze schroniska w Halinowie. Z danych uzyskanych od 16 gmin wynika, że w 2011 roku ŁTPZ odłowiło (na zlecenie tych gmin) 288 psów i 12 kotów.

W Łukowskim Towarzystwie Przyjaciół Zwierząt przychody za lata 2011–2012 wyniosły 347,5 tys. zł, koszty tylko 48,7 tys. zł, zaś dochód 298,8 tys. zł. W latach 2011–2012 wiceprezesowi tego Towarzystwa przekazano gotówką 280,0 tys. zł, mimo że zgodnie z art. 34 ustawy Prawo o stowarzyszeniach, dochód z działalności gospodarczej stowarzyszenia służy realizacji celów statutowych i nie może być przeznaczony do podziału pomiędzy jego członków (także statut Towarzystwa zabraniał przekazywania majątku stowarzyszenia – w tym środków finansowych – jego członkom i pracownikom).”

Tyle raport NIK. Oczywiście jego konsekwencje będą dla urzędów gmin i samej pani Konstantej bardzo dotkliwe. Prokuratura już postawiła jej zarzuty nielegalnego wyprowadzenia z Towarzystwa ogromnych kwot na prywatne konta – to zwykła kradzież. Za swoją „niefrasobliwość” odpowiedzą również gminy, wydające setki tysiące złotych na nieistniejącą opiekę nad zwierzętami.

Sama zainteresowana twierdzi, że wszystkie poszły do adopcji, a przedtem zdążyła je wysterylizować, zaszczepić i wyleczyć. To oczywiście obrzydliwe łgarstwo – dziwnym bowiem trafem większość „zarobionych” w ten sposób pieniędzy przekazała nielegalnie sobie i innym osobom prywatnym.
Za co więc utrzymywała psy, leczyła je, szczepiła i sterylizowała? Czy jest możliwe, żeby w 2008 r. gmina Kock płaciła Urszuli Konstancie 54 zł za dożywotnią opiekę nad jednym psem a gmina Kamionka – 62,50 zł? Średnia z lat 2010 i 2011 to 256 zł za psa. Czy urzędnicy są upośledzeni czy interesowni?
Przecież na dobrą sprawę nie można za tę kwotę nawet zaszczepić i wysterylizować czy wykastrować psa! I skąd te ogromne kwoty wykazane jako zysk Towarzystwa?

Natomiast ja ciągle myślę o tych zwierzętach, ponad tysiącu zwierząt, których los jest nieznany. Nie wiadomo czy żyją, w interesie okrutnej i nieuczciwej kobiety-hycla leżałoby raczej gdyby nie żyły. Nie ma wtedy dowodu na jej przestępczą działalność.

Czy wyobrażacie sobie, co przeżywały te zwierzęta? Głodne, porzucone, stare i pewnie często chore, kiedy bezlitośnie wsadzano je do klatek i wieziono w nieznane? Pół biedy jeśli zostały wypuszczone w innej gminie i ponownie zarobiono na ich odłowieniu…. Ale ile z nich umarło z głodu i zginęło pod kołami samochodów?

Tylko dlatego, że nieuczciwa kobieta-hycel i urzędnicza banda współpracują od lat w celu ich unicestwienia. Wszystkim się opłaca – wstrętnej kobiecie bez skrupułów, bo zarabia na nieszczęściu i urzędnikom gminnym, którzy mają problem „z głowy”…

Ujawnianie informacji o tym strasznym procederze hyclowsko-gminnym, opłacanym ze społecznych pieniędzy jest potrzebne. Takie interesy robi się w tajemnicy, ujawnianie ich powoduje szok i odzew społeczny – jak tutaj na portalu społecznościowym Facebook w temacie ŁTPZ:

https://www.facebook.com/events/285921014883859/.

Większość lubelskich mediów zajęła się już sprawą pani Konstantej – gminy zaś milczą. I to milczenie nie jest złotem. Urzędnicy mają kłopot, raportu NIK nie da się zignorować i przyjdzie zapłacić za uczestnictwo w niecnym procederze.

Niestety to wierzchołek góry lodowej – takich, jak Konstanta jest więcej, są w całej Polsce, bo w wielu gminach w całym kraju opieka nad bezdomnymi zwierzętami to w rzeczywistości ich eksterminacja.

Mogłabym napisać jeszcze co najmniej 10 podobnych felietonów i każdy kolejny bardziej by was przerażał.

Raport NIK na pewno coś zmieni – skoro odwoływanie się do nieistniejących sumień urzędniczej kadry szczebla samorządowego nie pomogło przez tyle lat, może pomoże kilkadziesiąt wszczętych już postępowań?
Miejmy nadzieję….

A panaceum na tę urzędniczo-hyclowską mafię jest zmiana prawa. I ona wkrótce nadejdzie.

Parlamentarny Zespół Przyjaciół Zwierząt przygotował następną nowelizację Ustawy o ochronie zwierząt. Nowelizacja ta wykluczy odławianie psów „donikąd” i nałoży na gminy dodatkowe obowiązki, praktycznie zlikwiduje zawód hycla.

Szkoda tylko, że ustawą nie można wzbudzić ludzkich sumień.
Przecież te zwierzęta giną, bo urzędnik nie ma czasem ani sumienia, ani rozumu. I jeszcze mu za to płacą. A wydaje nie swoje, a społeczne pieniądze. Więc po co się wysilać na myślenie.  

04.09.2013



Autor: Katarzyna Śliwa-Łobacz

Źródło:

Dodał: Admin, dnia: 23.06.2015 | Aktualizacja: 23.06.2015


CZYSTE SUMIENIE ZA 70 MILIONÓW

gminy płacą, gminy lekceważą



W Polsce mamy demokrację, w to nie wątpi nikt. Demokracja to między innymi nasz wpływ na rządzenie krajem. W naszych małych ojczyznach – gminach – wybieramy często ludzi, których znamy, albo o których słyszeliśmy.

Samorządność ma się coraz lepiej, obywatele potrafią oceniać swoich włodarzy. Polska samorządność to sukces.
Są jednak dziedziny, gdzie kontrola społeczna postępowania urzędników gminnych nie istnieje. W czasach, gdy każdą gminną złotówkę ogląda się trzy razy, zanim się ją wyda, istnieje skandaliczny i okrutny biznes, wspierany i opłacany z naszych pieniędzy. Wspierany i opłacany najczęściej w pełnej świadomości marnowania społecznych pieniędzy i oszukiwania obywateli.

Ten biznes, oceniany na około 70 milionów złotych rocznie to zapewnianie opieki bezdomnym zwierzętom.
Ustawa o ochronie zwierząt, szczególnie po ostatniej nowelizacji, nakłada na gminy obowiązek opieki nad bezdomnymi zwierzętami, ich odławianie, umieszczanie w schroniskach, a także tworzenie corocznych programów zapobiegania bezdomności. Prawie każdy już wie, że to do gminy właśnie zgłaszać należy bezdomne zwierzęta.
I myślimy, że wszystko jest w porządku, czasem nawet oburzamy się na kwoty, które nasza gmina zapisuje w budżecie na realizację tego zadania.

Cóż…. Nie powinniśmy być spokojni. Pies, który znika z naszej ulicy ma niewielkie szanse na dalsze życie, zniknie gdzieś po drodze do nieistniejącego schroniska, albo trafi do mordowni, gdzie przez kilka lat będzie powoli umierał. Dalszym losem tych zwierząt nie interesują się obywatele (wszak sprawa została załatwiona), a co gorsza – nie interesują się nim również urzędnicy gminni, którzy są do tego zobowiązani wydając publiczne środki.

Wiedzą o tym procederze organizacje społeczne i wielu ludzi, dla których ważny jest los zwierząt. Do tej pory nie chciał wiedzieć nikt inny. Aż do 5 sierpnia tego roku, kiedy to ukazał się raport z kontroli NIK o realizacji ustawy o ochronie zwierząt przez samorządy. Wnioski z raportu są zatrważające:

"W przepełnionych schroniskach pada co czwarte zwierzę. Gminy wciąż nie potrafią sobie poradzić z zapewnieniem im godziwych warunków. Nieskutecznie także walczą z problemem bezpańskich psów i kotów.
Kontrola NIK wykazała, że spośród przeznaczonych na te cele pieniędzy ponad jedna trzecia została wydana nielegalnie lub niegospodarnie. (...)

Ponad jedną trzecią środków przeznaczonych w skontrolowanych gminach na finansowanie opieki nad zwierzętami wydano nielegalnie (firmom, które nie miały odpowiednich zezwoleń na wyłapywanie zwierząt i nie zapewniały miejsc w schroniskach) lub niegospodarnie (bez zapewnienia minimalnych standardów opieki nad zwierzętami).
W żadnej ze skontrolowanych umów gmin ze schroniskami i firmami wyłapującymi zwierzęta wysokość opłat nie była skalkulowana na podstawie rzeczywistych kosztów.

Ograniczenie wydatków odbijało się na zwierzętach."

http://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-ochronie-zwierzat-bezdomnych.html

Pełen tekst raportu

http://www.nik.gov.pl/plik/id,5160,vp,6685.pdf

Raport ten zatrważa jeszcze bardziej, gdy zdamy sobie sprawę, że skontrolowano tylko kilkadziesiąt, na kilka tysięcy, gmin, zasugerowanych przez organizacje ochrony zwierząt.


Możemy założyć, że problem ten dotyczy całej Polski. I jest to problem wynikający z powszechnego lekceważenia prawa przez samorządy. Zwierzęta bezdomne to ciągle temat kłopotliwy. W wielu wiejskich gminach stosunek ludzi do zwierząt bezdomnych jest taki sam, jak do własnych – pies na łańcuchu od szczenięctwa do śmierci z głodu lub chorób – rzadko ze starości.


Urzędnik gminny to często nasz sąsiad, wyznaje te same wartości i ma te same uprzedzenia i wady. Przenosi je do urzędu, bo przecież społeczność gminna nie będzie mu miała za złe…. I w takich gminach ustawowy nakaz opieki nad bezdomnymi zwierzętami to dopust boży. Bo co ten parlament wymyślił…. Widłami kundla potraktować albo zastrzelić, a nie wydawać na niego pieniądze, tyle jest przecież innych potrzeb….


I w takich gminach zawsze będzie źle i nieuczciwie. A w tych, gdzie obywatele mają bardziej europejską mentalność? Też bywa nieciekawie, wydaje się ogromne pieniądze, tylko nie kontroluje się, na co są przeznaczane. Odłowienie psa w okolicach Warszawy to nawet 3000 zł…. Ile z tego przeznacza się na rzeczywistą opiekę nad tym psem, jego leczenie?
Są również gminy, które dbają o swoje psy, robią im zdjęcia, monitorują ich los i szukają możliwości adopcyjnych. Szkoda tylko, że są w mniejszości…


A przecież wystarczyłoby policzyć. Wystarczyłoby zbudować od podstaw kilkadziesiąt małych międzygminnych schronisk, zawrzeć porozumienia międzygminne, znaleźć ziemię pod budowę i wspólnie przeprowadzić inwestycję. Koszt budowy średniego schroniska to około 2 mln. złotych. Tak więc te 70 milionów – o ile nie więcej – wystarczyłoby na zbudowanie kilkudziesięciu schronisk, których koszt utrzymania byłby niższy niż płacone hyclom haracze. A gdyby jeszcze sterylizować i kastrować zwierzęta, to nadpopulacja zaczęłaby się zmniejszać. I jak przejrzyście wyglądałyby wtedy gminne finanse….
Rozmarzyłam się…. Chociaż kto wie… Z kontroli NIK wynika też to, że kontrolowanymi gminami i schroniskami zajmą się prokuratury i Regionalne Izby Rozrachunkowe. Polecą głowy i posypią się kary.


Mam nadzieję, że innym da to do myślenia i zaczną myśleć zanim pojawią się kłopoty.
Bo organizacje ochrony zwierząt dostały w postaci raportu NIK broń o wielkiej sile rażenia. I mam nadzieję, że wszyscy to wykorzystamy. My dla dobra zwierząt, urzędnicy dla dobra finansów publicznych.  

17.08.2013


Autor: Katarzyna Śliwa-Łobacz

Źródło:

Dodał: Admin, dnia: 23.06.2015 | Aktualizacja: 23.06.2015


TAKA GMINA....

czyli beton urzędniczy w XXI wieku



Wakacje. Czas wesoły dla ludzi. Odpoczywamy i czasem podróżujemy. Czasem w tych podróżach spotykamy zwierzę, które już nie jest nikomu potrzebne, wyrzucone z samochodu, żebrające o coś do jedzenia na stacji benzynowej albo już nieżyjące, leżące na poboczu drogi.

Wiele takich przypadków, im bardziej mamy wakacje, tym częściej pozbywamy się zbędnego balastu, którego nie chcemy zabrać nad morze czy do zagranicznego kurortu. My ludzie….

Otrzymuję telefon – „Proszę Pani, jestem na stacji benzynowej Statoil w miejscowości Konie, gmina Pniewy w mazowieckim, biega piesek, na pewno wyrzucony z samochodu, pracownicy
stacji dzwonili do gminy, gmina odmówiła pomocy…..”
Kiedy słyszę „gmina Pniewy” od razu krew mnie zalewa ze złości . Kilka miesięcy temu, jadąc do sądu, gdzie występuję jako oskarżyciel posiłkowy w sprawie o znęcanie się nad zwierzętami, zatrzymałam się na tej stacji. Biegały tam dwa psiaki.

Znam przepisy, wiem, co robić. Przepisy Ustawy o ochronie zwierząt, w kwestii bezdomnych, zwierząt są dla gmin bezlitosne:
Art. 11.

1. Zapewnianie opieki bezdomnym zwierzętom oraz ich wyłapywanie należy do zadań własnych gmin.

Zadanie własne to w języku ustawy zadanie obowiązkowe, gminy muszą co roku przeznaczać na ten cel środki finansowe i tworzyć programy zapobiegania bezdomności zwierząt.

Zadzwoniłam więc do gminy, zgłaszając dwa bezdomne psiaki. Przedstawiłam się jako prezes fundacji Mondo Cane i asystent posła Pawła Suskiego.

Często rozmawiam z urzędnikami gminnymi, egzekwuję od nich wykonywanie obowiązków, czasem pomagam w rozwiązywaniu problemów. W rozmowie z gminą Pniewy koło Grójca nie dane mi było ani jedno ani drugie. Miałam bowiem wątpliwy zaszczyt rozmawiać z samą Panią Sekretarz gminy – Małgorzatą Luciak.

W zasadzie nie można było tego nazwać rozmową – był to chamski, wykrzyczany monolog o tym, że nie obchodzą pani sekretarz jakieś zawszone kundle, nie pozwoli na wydanie nawet złotówki, przepisy są złe, politycy to idioci. Na moje stwierdzenie, że gmina ma obowiązek zajęcia się sprawą, usłyszałam jedynie kolejny wrzask, obraźliwe słowa i pretensje do całego świata.

Obiecałam więc pani sekretarz, że wyegzekwuję od niej wykonanie obowiązku z ustawy. Po kilku dniach i monitach innych organizacji dowiedziałam się, że podobno jednak ktoś pojechał na stację benzynową. Podobno psów już tam nie było. Podobno….

Myślę, że już nie żyją, szczególnie, że gmina Pniewy ma umowę na odławianie psów z firmą kurierską z Tarczyna (sic!). To kuriozum na skalę kraju.

Gmina Pniewy to gmina, która jest najgorszym z przykładów – lekceważenie prawa w wykonaniu wysokiego urzędnika, arogancja i co najważniejsze i najsmutniejsze – kompletny brak empatii i zrozumienia dla zwierząt. Takich gmin jest w Polsce wiele.
Wszystko jednak w rękach ludzi – moja gmina Żabia Wola, położona jest po dwóch stronach tzw. „gierkówki”, trasy nr 8 Warszawa-Katowice. Większość wyrzuconych zwierząt to zwierzęta przejeżdżających ta trasą ludzi. Nie mieszkających w gminie. Pomimo to każdy pies, który zostanie wyrzucony jest natychmiast zaopiekowany i szuka mu się nowych właścicieli. To oczywiście osobista zasługa Pani Wójt, z której jestem bardzo dumna. Tym bardziej, że moja gmina graniczy z opisywaną gminą Pniewy, gdzie prawo rozumiane jest zupełnie inaczej i lekceważy się je na potęgę.

Ustawowy obowiązek opieki nad bezdomnymi zwierzętami i ich odławianie to dla wielu samorządów ogromny ciężar. Przecież większość gmin w Polsce to gminy wiejskie, większości z nich nie dopina się żaden roczny budżet, bo ciągle i na wszystko brakuje pieniędzy.

Rzecz jednak nie w pieniądzach i budżetach. Rzecz w dobrym gospodarowaniu i w ludziach. Władze gmin wybieramy w bezpośrednich wyborach, są odzwierciedleniem nas samych. I choć nie należy generalizować, to można założyć, że ci wybrani to „sól tej ziemi”, że realizują nasze poglądy i zaakceptowane przez nas programy. Są tacy jak my.

Dzieje się również pewna niesprawiedliwość – wiele gmin położonych jest przy drogach krajowych i zwierzęta, które wyrzucane są z samochodów wcale nie są wyrzucane przez mieszkańców tych gmin. To samo dotyczy miejscowości wypoczynkowych np. na Mazurach. I tak jest w mojej gminie.

Ale „Dura lex sed lex”. Pies bezdomny na terenie gminy jest jej własnością, o ile nie uda się ustalić jego właściciela.

I GMINA MA OBOWIĄZEK SIĘ NIM ZAJĄĆ – ODŁOWIĆ I ODWIEŹĆ DO SCHRONISKA, Z KTÓRYM MA PODPISANĄ UMOWĘ!
Pamiętajcie o tym podczas wakacyjnych podróży. Dzwońcie do gmin, na terenie których spotkaliście bezdomne zwierzę.
I żadne tłumaczenia urzędników nie zwalniają z tego obowiązku. Czasem mówią, że nie mają pieniędzy, czasem, że odławiają tylko zwierzęta agresywne. Sytuacja z Pniew nie jest nagminna, ale w gminach stosuje się wiele różnych wymówek. By zapisów ustawy zwierzęcej nie realizować.

Jeśli usłyszycie, że wyczerpali limit finansowy na ten cel – protestujcie. Nie ma mowy o limitach w przypadku obowiązku ustawowego.

Jeśli usłyszycie, że odławiają tylko psy agresywne – zapytajcie, gdzie znajduje się ustawowy zapis, który pozwala na stosowanie takiego wyjątku.

Jeśli macie serce dla zwierząt, dzwońcie i sprawdzajcie, czy gmina zajęła się zgłoszonym psem, jeśli nie – złóżcie na wójta zawiadomienie na policję o niedopełnieniu obowiązków. To tylko kilka minut z Waszego wakacyjnego czasu.

MIEJCIE OCZY OTWARTE NA NIESZCZĘŚCIE. ZGŁASZAJCIE GMINOM WYRZUCONE PSY WAKACYJNE.

I życzę Wam, żebyście nie trafili na gminę Pniewy lub jej podobną. Bo będzie Wam trudno uwierzyć, że władza samorządowa może być tak arogancka i niedouczona.

A jeśli w rozmowach z gminą coś się zupełnie zaprze, zadzwońcie do mnie. Mam już doświadczenie.   

31.07.2013



Autor: Katarzyna Śliwa-Łobacz

Źródło:

Dodał: Admin, dnia: 23.06.2015 | Aktualizacja:

Fundacja na Rzecz Ochrony Praw Zwierząt Mondo Cane - Artykuły - TAKA GMINA....